niedziela, 10 marca 2013

Dziwny przypadek foremki silikonowej wczesnym porankiem

zdjęcie ofiary znalezione w czeluściach internetu

Czasami człowiek wstaje i świat jest piękny. A czasami przy wyjściu z sypialni natyka się na swoją nową (kupioną wczoraj!) silikonową foremkę do muffinek i gdy ją podnosi ze zgrozą odkrywa, że foremka została w nocy napadnięta i ranna! Pęknięcie w jednej z foremek ma może trzy pięć milimetrów, ale czyni ją bezużyteczną.
Pytanie, co zrobić. Można oczywiście, ukarać sprawcę, obaj podejrzani właśnie włażą pod nogi i miauczą porannie, ale jak go odkryć? Na foremce bowiem zostały tylko białe włosy, a jeden jest szary a drugi rudy. Można zastosować odpowiedzialność zbiorową, ale jak każdy posiadacz rodzeństwa uważam to za barbarzyństwo. I pytanie, kiedy to było? Niedawno i kara ma sens? Czy może nad ranem, co dla kotów jest odpowiednikiem zeszłej środy?
Można też uznać to za dopust boży i pójść po herbatę. I tak też zrobiłam.
Na pocieszenie zdjęcie wczorajszych muffinek z jagodami by Gellwe. Babeczki wyszły w środku uroczo sine z czarnymi plamami jagód, dlatego zostały fankenbabeczkami. Kształt też, jak widać na zdjęciu, daleki od ideału, a była to jedna z kształtniejszych.
Na powierzchni frankenbabeczki były zwodniczo brązowe i złociste. 
Plan na dziś? Ustawianie po całym domu zdobyczy z ikei i hardkorowe pieczenie.

wtorek, 5 lutego 2013

Późną nocą

Fotka, jak zawsze znaleziona przez google.
W ramach pożegnania węglowodanów, zjadłam na kolację Carbonarę z lokalnej pizzerii. Dostarczył ją pan w sandałach, ani tak młody jak dzieciak rozwożące pizzę, ani tak stary jak dziadek z wietnamczyka. Był też profesjonalnie obojętny. Na mnie, na drące się z łazienki Dzikie Bestie.
Sam makaron był zrobiony na sposób włoski, więc w sosie nie pływał. Był za to pyszny, z wysmażonym na chrupko boczkiem i odpowiednią ilością przypraw. Po zakończeniu konsumpcji na dnie pojemnika zostało kilka kropel oliwy, nie łyżka jak u innych.
Na zakończenie dnia dwadzieścia "brzuszków" i odpływam w objęcia Morfeusza.

środa, 1 lutego 2012

Bo zima jest zła

photo by me
effects by retro camera

wtorek, 31 stycznia 2012

Dzień jak codzień


znalezione przez google. Podpis fotografa widoczny na zdjęciu.

Coś pokręciłam i nie umiałam zrobić bloga tak prywatnym jakbym chciała, dodawanie maili szwankowało, udało mi się z dwoma osobami. S związku z tym wracamy do pełnej jawności.
Cóż mogę napisać? Jest zimno. Cholernie zimno. Komunikacja miejska nawala. Efekty kilkumiesięcznej kuracji żurawinowej poszły się kochać po dwóch dniach. Bardzo, ale to bardzo mi się to nie podoba. Kupiłam sobie żurawinową bombę i mam nadzieję, że to uratuje sytuację.
Dziś, z wręcz śmiesznym opóźnieniem, ruszam na poszukiwanie śniegowców/eskimosek, zwał jak zwał. Są brzydkie, nietrwałe, ale ciepłe.
Wczoraj mieliśmy grać, ale z powodu kłopotów mieszkaniowych MG(wyrzucanie właściciela mieszkania przez okno nie jest dobrym pomysłem!)do niczego nie doszło. Czekamy dalej. Za to spędziliśmy całkiem sympatyczny wieczór, choć mam wrażenie, że kolega R. był nieco załamany poziomem dowcipów(prawdę mówiąc, ja też. Kiedy kolega D.robi się frywolny to aż strach się bać).


czwartek, 12 stycznia 2012

O dzień za późno, o dolara za mało

google.com 

Czasem bywają takie dni:
- budzik dzwoni w samym środku snu
- w cukierni osoba przed Tobą kupuje ostatnia eklerkę
- autobus przyjeżdża o minutę za wcześnie albo za późno
- zaczyna lać gdy jesteś na otwartej przestrzeni
A czasem jest zupełnie na odwrót.

wtorek, 10 stycznia 2012

google.com

Za każdym razem, gdy zaczynam lubić ludzkość, ta wykręca taki numer, że wszystkiego się odechciewa. Jest to obserwacja bardzo ogólna, nie podyktowana żadnym konkretnym wydarzeniem.

Noworoczny szał już, na szczęście, minął, a za jakiś tydzień będzie można wejść do galerii handlowej. Ostatniej soboty miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie Trzecia Wojna Światowa, oraz że do każdych zakupów dziecko do lat trzech gratis. Z całych sił walczyłam, żeby nie dać sobie wcisnąć jednego. Poszukiwania małej czarnej zakończyły się połowicznym sukcesem, ale strój na firmową galę mam.

Ja i kolega R. mamy zdecydowanie inne żołądki i preferencje kulinarne, już po raz drugi kolacja w wybranym przez niego miejscu zafundowała mi problemy żołądkowe. Nie było to nic uciążliwego, ale będę uważać przy trzecim razie. Albo znowu wrócimy do tradycji spotkań domowych i kulinarnych wyczynów R. w kuchni. Wtedy trzeba tylko pilnować ile chili/wasabi/tabasco/inne ostre dodaje.  Lubię ostre potrawy, jednak mam swoje zasady- sos w którym rozpuszcza się łyżka nie jest produktem jadalnym, tylko bronią biologiczną.

wtorek, 8 listopada 2011

Jesiennie

Jako, że mamy już jesień, znowu czytam Jane Austen. Tak wiem, to bardzo, ale to bardzo kiepskie usprawiedliwienie dla zapadania na całe wieczory w romansidła sprzed dwustu lat, ale co ja poradzę? Jestem zupełnie niedzisiejsza, uwielbiam Austen i Bronte, z chęcią nosiłabym suknię z gorsetem( niestety, w empirowej wyglądałabym jak w ciąży) i bardzo nie chcecie bym poruszała tu temat Wilde'a. No i uwielbiam herbatę.
Poza tym, te książki świetnie koją nerwy, oraz odsuwają frustrację na bliźnich. Jak chyba każdy, stykający się w swojej pracy z dużą ilością ludzi człowiek, mam ich czasem po dziurki w nosie.
Mąż postawił kotu veto. Na chwilę. Potem zmiękł, zwłaszcza gdy teściowie ogłosili brak sprzeciwu wobec kocich wizyt, ale poprosił o wstrzymanie się do urlopu świątecznego, żeby można było z kotkiem posiedzieć. Więc, o ile nie znajdziemy jakiejś kupki nieszczęścia na drodze, kocur pojawi się dopiero koło Nowego Roku.  

wtorek, 18 października 2011

Kampania społeczna

google.com

Prowadzę w domu kampanię społeczną pt. Chcę mieć kota. Mąż się zastanawia, mnoży problemy, ale wystarczy pokazać mu zdjęcie albo wysłać ze śmieciami (mamy na osiedlu dziesięć śmietnikowych kotów) a mięknie.
Chcemy adoptować dorosłego kota, bo zima idzie,a poza tym nigdy nie przepadałam za kociakami. Owszem, są słodkie, ale nie mają w sobie tej osobowości i tajemnicy co dorosłe kocury i kotki. Mamy już numer do dziewczyny zajmującej się adopcjami, jutro zapewne do niej zadzwonię. 
Z psami wszystko wiadomo- są podobne do wilków, działają te same zasady, więc wiadomo co robić, by pokazać kto tu jest Alfą. A jak jest z kotami? Dachowce są bardziej podobne do stadnych lwów czy samotniczych tygrysów? Szukam informacji w Sieci, ale trafiam głównie na mantrę „kota nie można wychować ani niczego nauczyć”. Jakoś w nią nie wierzę, nawet człowieka można nauczyć kilku sztuczek ;).  

czwartek, 15 września 2011

Cichy wieczór w domu

Obrazek nie ma nic wspólnego ani ze mną ani z moim nastrojem, ale bardzo mi się podoba.



Spokojny cichy wieczór w domu z różowym Blossom Hill i Żoną Idealną. Ten serial budzi emocje, a ja wolę te bezuczuciowe- jak CSI. A jednak ogląda mi się dobrze i wcale nie mam zamiaru poprzestać na jednym z odcinków.   
Czeka mnie jeszcze zrobienie sałatki na jutro, tym razem z lazurem i orzechami włoskimi. A potem wanna, książka i kubek herbaty. 
Czasem lubię znowu poczuć się singlem. 

sobota, 10 września 2011

Sobotnie lenistwo

Sobotę spędzam na lenieniu się i przeglądaniu strony Ikei. Na szczęście/niestety, nie zmienili jeszcze ani kolorów serwisu Dinera, ani wzorów na pudełkach Lingo, a obecne mi nie pasują, nadal więc czekam.
Zawsze mnie zastanawia co dokładnie oznaczają nazwy produktów. Czy aby na pewno są prosty opisem funkcji danego produktu(np. pochłaniacz zapachów), czy też może dowcipem, którego większość świata nie rozumie(np. śmierdzielopożeracz)?
Mimo to czuję w kościach, że wizyta w Ikei zbliża się, może nie wielkimi krokami, ale jednak. Potrzebne nowe prześcieradło, a na ikeowy materac najlepiej pasują te z Ikei.  
Poza tym, młynek do soli(mam wielką paczkę grubej soli morskiej, a obecny, choć cudownie zielony, nie daje sobie z nią rady), narzuta i poduszka na kanapę w salonie oraz puszki na ryż itp. Często kupuję ryż na kilogramy i chciałabym trzymać go w wygodnym i ładnym pojemniku. 
Ponieważ posty bez zdjęć są nudne, oto mroczne przedmioty mego pożądania. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony ikea.pl :


















Dlaczego, ach dlaczego Ikea nie ma sklepu internetowego?!

Prawie zapomniałam wspomnieć, że wygrałam dziś "Bitwę o bluzę", i przez cały dzień noszę ją dumnie. Już tlumaczę, nasza koleżanka przed wyjazdem na Zieloną Wyspę oddała nam zieloną bluzę z kapturem  i wysztym godłem Irlandii. Bluza ma kaptur, jest cieplutka i zdecydowanie męska, co nie przeszkadza mi i M. w codziennej bitwie, kto ją nosi. A że on był w niej wczoraj w pracy, dziś jest moja :). I w dodatku lekko pachnie jego perfumami, które są cudowne. 

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Byłam świadkiem i przeżyłam


Pierwszy raz w życiu byłam świadkiem na ślubie. I mimo okropnej pogody, migreny, obowiązków świadka, oraz disco polo bawiłam się świetnie. Ba, nawet zostałam wyciągnięta na parkiet przez Męża!(A żadne z nas nie lubi i nie chce tańczyć). 
To było pierwsze wesele, gdzie do kotleta przygrywała Metallica(z taśmy, rzecz jasna), zabawnie było obserwować, komu z gości kiwa się rytmicznie głowa nad rosołem (tak, w ramach ochłody, zaraz na wejściu podano rosół z kołdunami i pieczonego kurczaka). Bycie świadkiem okazało się mało uciążliwe, panna młoda wszystko chciała załatwiać sama, jedynie podczas oczepin namęczyłam się wyciągając ludzi do zabawy oraz biorąc udział w tych, gdzie brakowało uczestników(tekst wieczoru na pytanie „co widzisz w partnerce?” jeden z uczestników odpowiedział „widzę autostrady! I mosty!”).
Wypakowywanie butelek z winem o piątej nad ranem też ma swój urok, państwo młodzi zostali zaopatrzeni na co najmniej kilka tygodni.
W niedzielę zaskoczyły nas  poprawiny- zorganizowane spontanicznie przez pannę młodą i jej mamę. Wyszliśmy z nich z siatką ciasta i owoców, paczką krokietów-krykietów-naleśników z farszem, oraz słoikiem grzybków(które Mąż wycyganił od mamy panny młodej).

środa, 20 lipca 2011

Patelnią w rzeczywistość


Zastawiające, jak jedna osoba potrafi napsuć krwi. Zwłaszcza, gdy nie można zareagować adekwatnie i zdzielić rzeczonej osoby w łeb. Patelnią na przykład. No ale cóż, nie wolno uszkadzać współpracowników, czyż nie?

niedziela, 17 lipca 2011

Czasami

Czasami czuję się taka zupełnie sama.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Korporacyjny koszmar


Jesteśmy już w nowym biurze. Za plecami mam dwie drukarki, główny szlak komunikacyjny do kuchni, a także szefową. Koniec ze sprawdzaniem pogody na Interii. Dyskusji o temperaturze i ilości świeżego powietrza jeszcze nie ma, ale przeczuwam, że już niedługo…. Póki co, jakoś doszliśmy do porozumienia w kwestii świateł. Siedzę i wysycham na wiórek, klimatyzacja jest tu wyjątkowo zjadliwa.  
Na razie udało mi się rozpakować, znaleźć działające gniazdko sieciowe i poinstalować wszystko. Zmusić do pracy informatyka, który broni się przed tym rękami i nogami jeszcze nie, ale napuściłam na niego drugiego informatyka i liczę, że dojdą do porozumienia.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

57th co robiłam w weekend


Na segregowaniu, wyrzucaniu, odkrywaniu i zastanawianiu się, co z tym zrobić. Moi rodzice zamówili już meble do sypialni, po raz ostatni spałam w moim pokoju. Kolejny weekend spędzę już w łóżku gościnnym.
Porządki zabrały mi całą sobotę i pół niedzieli, z domu wyszłam dopiero, gdy już wyjeżdżaliśmy. Po raz kolejny odkryłam, że jestem strasznie sentymentalna- naprawdę żal mi było starych komiksów, numerów Kawaii, zeszytów z podstawówki i notatek ze studiów.  Ale że od teraz zamiast całego pokoju, mam dla siebie jedynie komodę, selekcja była brutalna. Ciuchy wywaliłam bez żalu, tak jak wszystkie suszone róże i kieliszki. Znalazłam za to wszystkie otrzymane przeze mnie listy, schowałam je bezpiecznie. Tak samo wszelkie prezenty(nawet karteczkę ze świąteczną Peleos, ha!).
Poszło mi tak sprawnie tylko dzięki pomocy Męża i Brata, którzy z wielkim poświęceniem wyrzucali  śmieci (głównie papiery, papiery i jeszcze więcej papierów), a przy tym mobilizowali do wytężonej pracy, a nie tonięcia we wspomnieniach.
Czy przeprowadzki dla wszystkich są takie ciężkie?

poniedziałek, 30 maja 2011

56th i żyli długo i szczęśliwie


Zastanawiam się, dlaczego baśnie zawsze kończą się w momencie ślubu. Przecież najciekawsze rzeczy zaczynają dziać się po. A królowe zazwyczaj są ciekawsze niż księżniczki, o królach i książętach nie wspominając.

środa, 18 maja 2011

55th me likes

- Gra o tron- oglądam namiętnie. Kibicuję bohaterów, chyba każdy z nich budzi we mnie jakieś uczucia (nie mogę się doczekać, aż ktoś wreszcie zabije tego białowłoswgo padalca!), a wilkory to moi prywatnie ulubieni bohaterowie.
- spotkanie przy czekoladzie/kawie/ukojeniu spragnionych- nawet jeśli jest brzydko i buro i pada deszcz. Szkoda, że nie możemy sobie takich sabatów częściej organizować.
- książki!!- chyba nie muszę tłumaczyć. Ostatnio pochłaniam "Daily live in Renaissance Italy". Jedyny nieudany zakup- "Połowa nocy"- kosztował mnie całe 10zł. Zapewne wyląduje na allegro, chyba że ktoś ze znajomych zechce przygarnąć.
- Wiedźmin 2- za dialogi, aktorów i klimat. Muzyka nieco mniej mi się podoba, ale to kwestia gustu (mam uczulenie na folk, gdy jakaś pani zawodzi, udając owcę).
-mego męża - m.in. za wymyślenie jak dwie osoby moga razem grać w jedną grę na jednym kompie. On załatwia mordowanie, ja pcham fabułę do przodu. Jest dobrze.

piątek, 29 kwietnia 2011

54th- myśląc


Kolega S od przyszłego tygodnia przechodzi do służby cywilnej. Decyzję podjął w ciągu godziny od otrzymania propozycji. Kolega O w sierpniu startuje z własną kancelarią prawniczą.
Przez nich zaczęłam się zastanawiać, czy dokonałam dobrego wyboru. Czy nie tracę czasu. Są to rozważania teoretyczne, bo jestem przywiązana do firmy pożyczką i akcjami, przez najbliższe cztery lata nie mam co myśleć o zmianie. Chyba, że wygram w totka i będę w stanie spłacić to wszystko od ręki.
Pewnie gdybym lubiła moją pracę, byłoby inaczej, ale przestałam ją lubić jakiś czas temu. Lubię ludzi, z którymi pracuję. Lubię wykonywać pewne rzeczy, ale są to obowiązki dodatkowe, nie moje główne zajęcie. Zgłosiłam to szefowej podczas rozmowy rocznej(taki czas, kiedy możesz powiedzieć co cię boli a co cieszy). To było w listopadzie. Mamy maj. Poza obietnicą nowych obowiązków w sierpniu, nie zmieniło się nic.
W związku z tym siedzę i myślę, czego ja właściwie chcę od życia. I jak to osiągnąć. Nie rzucę tej pracy, pod pewnymi względami jednak spełnia moje marzenia. Ale skoro wszystko wokół, łącznie z szefostwem każe mi ja traktować jedynie jako źródło dochodu, to mogę zrobić coś jeszcze.
Zwykle wiem, czego nie chcę. Problem mam by zrozumieć, czego chcę.